
Bartek Banaszak (Francja),
III rok socjologii, V rok dziennikarstwa,
wyjechał do Francji na studia podyplomowe.
Anna Sztandera: Dlaczego zdecydowałeś się na wyjazd do Francji?
Bartek Banaszak: Zawsze miałem sympatię do Francji i Francuzów. Uczyłem się francuskiego i zawsze był to mój wiodący język. Postanowiłem wyjechać do Francji, żeby się w nim podszkolić i poznać nieco kulturę tamtego kraju. Pojechałem na stypendium rządu francuskiego, które wiąże się z napisaniem pracy dyplomowej. Jest to taki roczny dyplom, którego w Polsce nie ma. Wiąże się z napisaniem pracy magisterskiej. We Francji jest on wstępem do pisania doktoratu. Nie chciałem jednak pisać doktoratu, więc napisałem sam dyplom. Warunkiem otrzymania stypendium było napisanie całego projektu pracy, tak jak się pisze projekt pracy magisterskiej etc.
A.Sz.: Jak długo byłeś we Francji?
B.B.: We Francji spędziłem rok. Byłem w tym czasie w Polsce trzy razy. Przyjechałem tu na Boże Narodzenie, Wielkanoc i raz w sprawach rodzinnych. Miałem w pokoju w Paryżu Internet, więc nie było problemu z komunikowaniem się. Chociaż kiedy się wpadnie w życie tam, to rzeczywistość polska odchodzi nieco na bok, więc nie odliczałem raczej dni do powrotu. Do Polski wracałem jednak zawsze z przyjemnością. Mój rok we Francji minął bardzo szybko.
A.Sz.: Jak wspominasz swoje pierwsze dni pobytu we Francji?
B.B.: Było zimno, ciemno i nikogo nie znałem. Nie było mi łatwo. Pojechałem na początku listopada, a właściwie wszyscy już zaczęli swoje zajęcia na początku października, więc towarzystwo się już dobrało, a ja dojechałem później.
Miałem więc mniejsze szanse kogoś poznać. Mieszkałem w akademiku w Paryżu, co było niebywałym ułatwieniem, ponieważ wynajęcie mieszkania jest tam bardzo drogie.
A.Sz.: Jak wspominasz sposób, w jaki przyjęli Cię mieszkańcy Francji?
B.B.: Byłem nieco zdziwiony sposobem w jaki przyjęli mnie w swoim ojczystym kraju. Wcześniej znałem Francję od strony mniejszych miast i byłem nią zauroczony.
Tam ludzie są bardzo sympatyczni i życzliwi. Każdy z Tobą rozmawia, pyta, skąd jesteś etc. Okazało się, że Paryż to nieco inny świat. Odniosłem wrażenie, że Francuzi umiarkowanie interesują się światem, który znajduje się poza ich krajem. Niewiele też o nim wiedzą. Z drugiej strony jednak, spotkałem wielu świetnych ludzi, z którymi rozmowa sprawiała mi prawdziwą przyjemność.
Ogólnie odczuwa się chyba jakiś rodzaj sympatii do Polski. Nie miałem żadnych niemiłych przeżyć z tego powodu. Jeżeli takie były, to raczej dlatego, że w dużych miastach ludzie są mniej otwarci, a nie dlatego, że byłem z Polski. W Paryżu jest w ogóle sporo cudzoziemców, szczególnie z krajów arabskich i afrykańskich. Niestety, nietrudno zauważyć, że spotykają się z obojętnością lub niechęcią ze strony rodowitych mieszkańców.
A.Sz.: Jak wygląda życie studenckie we Francji?
B.B.: Jest bardzo intensywne. Mieszkałem w miasteczku studenckim, w którym jest 40 tys. studentów. To trochę państwo w państwie i właściwie można by z niego nie wychodzić. Są tam restauracje, dyskoteki, basen, teatr etc. W mojej części była np. dyskoteka, więc mogłem tam chodzić w sumie w kapciach. Poza tym, kapitalnym miejscem jest Dzielnica Łacińska z tysiącami pubów i knajpek. Byłem też kilka razy na dłuższych wycieczkach. Wynajmowaliśmy ze znajomymi samochód i w drogę! Genialna sprawa. Tak właśnie poznaje się kraj. Były też wyjazdy zorganizowane, większą grupą. Naprawdę wspominam to świetnie! Jeżeli chodzi o imprezy, to mam wrażenie, że Francuzi są trochę wygodni. Polacy kiedy idą balować, zostają do białego rana, dopóki jest zabawa. Francuzi wychodzą żeby zdążyć na ostatnie metro, czyli przed 1 w nocy. Nie chodzi nawet o to, że nie ma jak wrócić. W Paryżu działają nocne autobusy, tak jak w Warszawie, i rzecz jasna nikt nikogo tam nie bije. Nie jest też tak, że ktoś zostanie do rana lub przenocuje na imprezie. Po prostu – idę do domu, bo jestem zmęczony. Odczuwałem to trochę jako brak pasji i energii do zabawy.
A.Sz.: Czy we Francji można ściągać?
B.B.: Ściąganie jest chyba mniej akceptowane niż w Polsce. Jednak Francja jest moim zdaniem krajem anarchii obywatelskiej i każdy robi, co chce. Wątpię więc, żeby było to karalne.
A.Sz.: Czy byłeś w stanie utrzymać się z funduszy stypendialnych?
B.B.: Miałem bardzo wysokie stypendium, które pozwalało mi na opłacenie zakwaterowania, a także starczało na moje wydatki. Muszę powiedzieć, że nawet trochę udało mi się zaoszczędzić. Nie miałem problemów finansowych.
A.Sz.: Czy planujesz przenieść się do Francji na stałe?
B.B.: W momencie, kiedy wyjeżdżałem, powrót do Polski nie sprawiał mi żadnego problemu, a nawet byłem nieco zmęczony Francuzami. Gdy pojechałem tam jednak na wakacje i nie byłem obciążony obowiązkami na uczelni, stwierdziłem, że spędziłem tam świetny rok mojego życia. Teraz, gdy jestem w Polsce, bardzo ciągnie mnie do Francji, choć w najbliższym czasie chciałbym pojechać do Niemiec.
A.Sz.: Co Cię najbardziej zdziwiło albo rozśmieszyło?
B.B.: Trochę zdziwił mnie jednak brak wiedzy o reszcie świata. Pewien starszy pan, który miał sporo sympatii dla Polski, zobaczył u mnie pewnego dnia telefon komórkowy i zapytał, czy u nas jest takich dużo i czy są u nas komputery.
Jedną z częstszych spraw, o którą pytają we Francji Polaków jest to, czy w Polsce pisze się cyrylicą. Niemniej jednak było to wszystko sympatyczne i życzliwe. W jednej z głównych restauracji studenckich w Paryżu, w toalecie przyklejona jest... - swoiście polski akcent - polska vlepka. A na niej napisane: „Nie zrywaj! I tak nalepimy nową.”
A.Sz.: Dziękuję za rozmowę.
B.B.: Dziękuję.
foto: ze zbiorów Bartka Banaszaka
Komentarzy: 0
musisz być zalogowany, aby dodać swoją opinię »