
Życie staje się powoli taktem wybijanym przez okręt.
Wachta zmienia się w naszych towarzyszy, oficer w przyjaciela i autorytet, Pogoria w dom. Każdy dzień płynie swoim niezmiennym rytmem, przy którym gubi się czas.
Rozpoczął się rejs
Po długiej podróży autobusem dojechaliśmy do portu w Livorno. Po przerzuceniu rzeczy z autobusu na Pogorię odbył się krótki apel, podczas którego zostaliśmy podzieleni na wachty i rozdzieleni do kabin. Od momentu przyjazdu, przez cały dzień, mieliśmy krótkie szkolenia o zachowaniu na jachcie, bezpieczeństwie, o linach i żaglach.
Większość uczestników czekała z niecierpliwością na wejście na maszt. Moja wachta obsługuje dziób Pogorii, dlatego musieliśmy trochę poczekać. W międzyczasie uczyliśmy się stawiać nasze sztaksle oraz brasować reje. Wieczorem doczekaliśmy się wejścia na maszt. Przeżycie niesamowite, tym bardziej, że w porcie ludzie przez cały czas obserwowali naszą łódkę. Pod wieczór po kolacji dostaliśmy czas wolny, a że pogoda była bardzo ładna, chyba każdy uczestnik skorzystał z możliwości pochodzenia po Livorno. Od 20.00 do 24.00 moja wachta pilnowała statku (wachta trapowa) i jako że było to pierwsze „pilnowanie”, sporo osób „pilnowało” razem z nami. Rano obudził nas dzwonek. Po zjedzonym śniadaniu rozległ się sygnał do opuszczenia statku. Wszyscy wybiegli z kamizelkami ratunkowymi na pokład – były to tylko ćwiczenia. Po ćwiczeniach wypłynęliśmy z portu w kierunku Monte Carlo. Pierwsze manewry dostarczyły wielu emocji, każdy z uwagą słuchał poleceń swojego oficera. Rozpoczął się rejs.
Bujanie.
Coś się dzieje mimo wszystko. Pozorna monotonia rejsu nie daje się we znaki. Choroba morska też już pożegnała pokład naszego żaglowca, więc i humor wszyscy mają lepszy. Kucharz pewnie się cieszy, bo na posiłki popyt jest wielki. Co z tego, że połowa przewidzianego pokarmu trafia na stół i antypoślizgową białą siatkę. Każdy przewrócony kubek czy porcja surówki na spodniach to powód do szczerej wesołości. Tylko biednym kambuźnikom nie jest do śmiechu. Starcie stołu, niby nic, ale po myciu tłustej brytfanki i wyszorowaniu sterty garów, każdy bonus jest irytujący. Poważna kadra stara się zapanować nad posiłkowym chaosem. Nawołują, ba, straszą: Nie krzyczcie bo będzie bujało! Śmiech na sali, ale załoga cichnie kryjąc pod swą wesołością zakłopotanie po zruganiu przez naszego kierownika. Rzecz się dzieje niesłychana, morze jakby także poczuło się w obowiązku posłuchania zaleceń Mikołaja i milknie na kilka chwil. Jednak, tak jak i załoga, szybko zapomina, że zostało zbesztane i dalej hulać zaczyna ze zdwojoną siłą. Lewo, prawo, aż przez bulaje widać morskie tonie. Współmiernie do upływu dni, pierwotna wesołość przeistacza się w znużenie.
Dzwonek na lekcje.
Lekcje coś nowego. Cóż się będzie działo? Dziwna sprawa, buja we wszystkie możliwe strony, a nam każą kuć. Okazuje się, że nie taki diabeł straszny… Odyseusz spędzał upojne noce przez osiem lat z nimfą Kalipso, Newton wymyślił sekstant, a Diogenes żałował, że nie tak łatwo zaspokoić głód jak inne ludzkie popędy. Porównując ten czas z godzinami przesiedzianymi w szkolnej ławie jest całkiem interesująco. Tu i tam da się zauważyć błędny wzrok uczniów, opadające bezwiednie powieki. Tylko jedna myśl kołacze im się w głowie: Spać!
Słodki smak świtu
Monako pożegnało nas słońcem. Za nami Monte Carlo, miasto kasyn rzucone na nadmorskie skały, ze swoim jasnym portem luksusowych łodzi. Przed nami otwarte morze, 5 dni ciągłej żeglugi w stronę Sycylii i słony smak morskiej przygody na naszej wysłużonej brygantynie. Życie staje się powoli taktem wybijanym przez okręt. Wachta zmienia się w naszych towarzyszy, oficer w przyjaciela i autorytet, Pogoria w dom. Każdy dzień płynie swoim niezmiennym rytmem, przy którym gubi się czas. Który dziś dzień? Jakie to ma tutaj znaczenie. Szczęśliwi czasu nie liczą. Niech tylko drogi czytelnik nie pomyśli, że to rutyna. Nic bardziej mylnego. Pomimo tego rytmu (niosącego w sobie niezniszczalną pewność jutra) każdy kolejny dzień jest przygodą. I z każdym kolejnym dniem znikają kolejne problemy. O chorobie morskiej nie pamięta już nikt. Po 2 dniach kołysanie przestało przeszkadzać w codziennych czynnościach. Po 3 dniach stało się czymś normalnym. Gdy po 5 dniach postawiliśmy stopę na stałym lądzie pewnie poczuliśmy się dopiero z powrotem na okręcie. Wiem, że powinienem zdać w tym miejscu relację z postępów w rejsie ale… prawda dla jest taka, że tutaj po prostu trzeba być by zrozumieć. Pisanie o tym rejsie jest jak tańczenie o architekturze. Bo, drogi czytelniku, pióro nigdy nie odda tego co tu zobaczyliśmy i przeżyliśmy chociażby podczas tych 5 dni. Tutaj co dzień chciało by się krzyczeć: Trwaj chwilo! Trwaj! Gdy wrócimy będziemy mówić o tym etapie podróży. O rytmie dnia, o wspólnej walce z morzem i wspólnych zwycięstwach, o spracowanych dłoniach. Snute będą opowieści o klarowaniu żagli wysoko na rejach masztu, o delfinach idących w zawody z Pogorią, o wybrzeżach Sardynii zasnutych mgłą i wspinaczce na wulkan na wyspach Liparyjskich, o tych 5 dniach morskiego życia. Ale prawda i tak pozostanie taka sama. To wszystko tak naprawdę zrozumieją tylko ci, którzy są tutaj teraz ze mną. Ci którzy przeżyli to samo. Bo jak, jak nam pisać o tym, jak słodko po ciężkiej nocy smakuje świt koło Korsyki?
Komentarzy: 0
musisz być zalogowany, aby dodać swoją opinię »