POLSKI PORTAL EDUKACYJNY

jezykowe_120_175.swf

 

Polecamy nasz kanal na YouTubie

 

nowosci epic.swf

Tu jesteś: Studia > Dla studenta > System Eliminacji Studentów jest aktywny

System Eliminacji Studentów jest aktywny

Prawdy i mity na temat egzaminacyjnej sesji.

Studiowanie? Rzecz prosta i przyjemna. Wykazanie się zdobytą wiedzą? No cóż, to właśnie tutaj rozpoczyna się problem. Co najmniej dwa razy do roku każdy student ma obowiązek popisać się przed prowadzącym przedmiot stanem wiedzy z zakresu owego przedmiotu. Czas tej twórczej i wymagającej pracy powszechnie nazywany jest SESJĄ.

Sesja, sesja, sesja….
Słowo znane i znienawidzone przez każdego przeciętnego studenta. Choć tak oczywista, zaskakuje nas za każdym razem, gdy dochodzi do konfrontacji z nią.

Rozpoczyna się semestr akademicki.
Z zapałem, lub też z rodzącymi się mdłościami uczęszczamy na zajęcia. Tu wszystko zależy od studenta, od kierunku studiów, uczelni, zajęć, a nawet pory roku. Inaczej przeciętny humanista reaguje na ekonomię w czerwcu, a zupełnie inaczej w grudniu, tuż przed świętami. Panuje pełen indywidualizm. Po pół roku zmagań z wykładowcami, raczej przyjemnymi w ostatecznym odbiorze, przychodzi czas wypłaty, a może raczej zapłaty (zależy w jakich stosunkach żyło się z danym profesorem, doktorem czy też magistrem).


fot. DigiTouch

Jeśli jesteśmy aktywni, nie mamy zaległości, a na dodatek ładnie uśmiechamy się – pozostaje nam już tylko przygotować się do egzaminu. Jeżeli natomiast żyjemy bardziej „po studencku” (tzn. mamy kilka zaległych dyżurów, może jakieś niedostarczone prace, bądź nasz skacowany wzrok nie robi wrażenia na szacownym „ćwiczeniowcu”) – mamy dwa problemy do rozwiązania: jak prześliznąć się fartem przez egzamin i jak wybłagać o „zal” w indeksie u doktora prowadzącego ćwiczenia. Gdy mimo wszystko uporamy się z tym drugim, pozostaje tylko zasiąść do nauki i zacząć wkuwać.

„Hej ho, hej ho, do nauki by się szło… ”
Zagadką stulecia jest to, ile czasu przeciętny student poświęca na naukę. Czy powszechna opinia, że najlepiej działa się właśnie pod presją czasu nie jest lekko przesadzona?

Przeciętny dwudziestoparolatek nie ma ochoty na wkuwanie z miesięcznym wyprzedzeniem. Przeważnie odkłada to na ostatnią, wręcz krytyczną chwilę. Oczywiście zdarzają się wyjątki (nie można generalizować), jednak zdecydowana większość studenckiej społeczności działa pod wpływem chwili i ostatnie noce przed sądnym dniem woli poświęcić na regenerację sił, czyli zdrowy, silny sen.

Nie raz, nie dwa, do nauki przed egzaminem starałam się przysiąść z kilkudniowym wyprzedzeniem, jednak nigdy nic z tego nie wychodziło – mówi Ania, studentka II roku anglistyki – Zawsze znajdzie się coś, co cię od tego odciągnie. Raz będzie to koleżanka, z którą akurat zerwał chłopak, innym razem szef w pracy nagle zleci ci jakiś projekt, który musisz wykonać absolutnie na teraz. Przeważnie jednak człowieka na widok książek opanowuje tak wielkie zmęczenie, że stara się to odłożyć na jak najpóźniej. I odkłada – aż do samego egzaminu.

„Karuzela szczęścia”
Żeby oddać studentom pewną sprawiedliwość, trzeba przyznać, że zaliczenie sesji w pierwszym terminie często wcale nie zależy od umiejętności studenta, a od tego ile szczęścia ma aktualnie „na stanie”. Często ucząc się nawet kilka dni wcześniej przed egzaminem, nie zaliczamy go. Tak bywa. Nie każdy ma szczęście, aby jego praca trafiła w ręce profesora. Kolejny studencki mit dotyczy bowiem sprawdzania prac. Jak mówi legenda, im więcej studentów na roku, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że szacowny wykładowca sprawdzi twój pracę. Podobno stosuje wówczas znacznie szybszą metodę: wszystkie prace zbiera razem, a następnie podrzuca do góry. Te, które złapie dostają 5, te które spadną na biurko 4, te które na krzesło, fotel lub wszystko, co nie jest podłogą 3. Te na ziemi „nie zaliczają”. Jeśli, nie daj Boże, jakieś znajdą się w koszu, wtedy studenci „bujają” się z zaliczeniem aż do następnej sesji. A, że w każdym micie, czy też bajce jak mówi przysłowie tkwi zawsze ziarnko prawdy, trudno założyć, że owa teza jest błędna.

To właśnie złości mnie najbardziej w całym tym studiowaniu – mówi oburzona Paula, studentka II roku prawa – Ja naprawdę zawsze się uczę do moich egzaminów, nigdy sprawy nie olewam. Wiem, kiedy coś poszło mi na tyle słabo, że mogę nie zaliczyć. Jednak dostaję białej gorączki kiedy widzę w USOSIE wpisaną dwóję, chociaż wiem, że dany sprawdzian napisałam naprawdę dobrze i jeszcze pomogłam koleżance obok, która jak się okazuje na koniec – zaliczyła! Gdzie tu sprawiedliwość ?!

„Przyzwyczaisz się do tego” – śmieje się Krzysiek, kolega z wydziału o rok wyżej – „Każdy student przynajmniej raz w przeciągu swojej kariery akademickiej z czymś takim się spotyka. To tylko kwestia czasu”.

„Game Over?”
Panuje powszechny pogląd, iż sesja to nic innego jak: Seryjna Eliminacja Słabych Jednostek Akademickich – służy wyłącznie możliwości poznęcania się nad biednymi studentami, aby na koniec i tak wyrzucić ich na bruk. I nie jest w tym przypadku istotne, że studenci do nauki się zbytnio nie przyłożyli, a na egzaminie liczyli na boskie objawienie. Ważne jest samo przekonanie i tyle.

No cóż, głupio się przyznać, ale ja przeważnie kończę sesję gdzieś w połowie kwietnia. – mówi Paweł, student III roku nauk politycznych. – Tak bywa, czasami z lenistwa a czasami przez zwykłego pecha. Jeśli dobrze żyjesz z profesorem, to pozwoli ci zaliczać do skutku. Zdarzają się i tacy mniej prostudenccy – wtedy zawsze pozostaje jeszcze pełen wachlarz innych możliwości: komis, warunek...

Twierdzenie, że sesja jest ponad siły studenta to zatem naciągane użalanie się nad sobą i własnym lenistwem aniżeli stan faktyczny. A że każdy z nas ponarzekać czasem lubi (najlepiej na wredny i niesprawiedliwy system), nikt nie neguje mitu o trudności sesji. Raczej dla podkreślenia własnej wyjątkowości, bodaj genialności studenci lubią się szczycić tym, że przeżyli niemożliwe. Ale przeżyli (!)

Gdy wracam po sesji do domu na ferie, lubię się trochę poużalać nad sobą przed rodzicami. Jak to ciężko było, jaka to ja teraz padnięta jestem, jak po nocach nie spałam. Tak jest dużo łatwiej – powiedzieć, że było ciężko, ale nie przyznać się, że z mojej winy, bo wcześniej niedostatecznie się przyłożyłam – mówi Kamila (II rok marketingu i zarządzania).

„To już jest koniec, możemy iść...”
Sesja na szczęście kiedyś się kończy i, choć lekko poturbowani, studenci mogą wrócić w końcu do normalnego trybu życia. Bawiąc się, pracując bez zmartwień i komplikacji...
Aż do... następnej sesji.

Aleksandra Monkiewicz