
W nuklearnej rodzinie każdy z jej członków miał dokładnie określone obowiązki i status.
American dream to mit, który większość z nas kojarzy z karierą od pucybuta do milionera i hollywodzką fabryką marzeń. Nie jest to skojarzenie bezpodstawne, ale zgłębiając ten temat dowiadujemy się, że jest to zjawisko dużo bardziej złożone i wiąże się z amerykańskim przedmieściem. To temat chętnie poruszany w amerykańskiej kinematografii, by wspomnieć film Mike’a Newella „Uśmiech Mony Lizy” czy ostatni film Sama Mendesa „Droga do szczęścia” dlatego warto poznać przyczyny powstania tego mitu, który jest wciąż żywy w naszej świadomości.
Amerykańskie przedmieścia
Wszystko zaczęło się w latach 50-tych na amerykańskim przedmieściu. To czas kiedy w wielu amerykańskich żołnierzach żywe było jeszcze wspomnienie II Wojny Światowej. Wojny, która niosła ze sobą liczne rozczarowania, tragedie. Po powrocie do ojczyzny nie chcieli tylko normalnego życia sprzed wojny, chcieli by było ono lepsze niż kiedykolwiek. Nuklearna era, to idealny, dojrzały ekonomicznie okres między II Wojną Światową, a swingującymi latami sześćdziesiątymi.
Następuje rozwój technologii nuklearnej i energii atomowej. To też czas kiedy ludzie zapragnęli zmiany ich dotychczasowego życia. I to właśnie ten ogólnonarodowy nastrój i rozwój ekonomiczny, złożyły się na utopijne amerykańskie marzenie.
Za ojca idealnej amerykańskiej rodziny lat 50-tych można niejako uznać Williama J. Levitta. To on zakładając fabryki masowo produkujące domy zapewnił młodym małżeństwom możliwość ich zakupu na dogodnych warunkach finansowych. Jego fabryki były w stanie wyprodukować więcej niż 30 domów dziennie (inni przedsiębiorcy z trudem produkowali 1/10 tego). Dzięki masowej produkcji i prostej konstrukcji domów, które można było łatwo i szybko złożyć, Levitt w krótkim czasie skonstruował i wybudował pierwsze amerykańskie przedmieście, które nazwał, nie inaczej jak Levittown.
Przedmieście promowane było jako bezpieczne miejsce, które oferuje wszystko, czego potrzebuje rodzina – sklepy, przestrzeń, a nawet przyjaciół – wszystko w najbliższej okolicy. Suburbia nie tylko zmieniły obraz właściciela domu (teraz młodszego i mniej zamożnego), ale także rozwinęły konsumpcjonizm.
William J. Levitt przekonywał nabywców, że jego nowoczesne, rodzinne domy zmienią ich życie. Jak nigdy wcześniej Amerykanie dążyli do podniesienia swojego standardu życia i wszystko od zmywarek, przez napoje po odkurzacze miało zaspokoić ich potrzeby. Przedmieścia wraz ze swoją zaplanowaną społecznością, często zlokalizowane blisko głównych miast, wkrótce stały się sposobem życia milionów Amerykanów.
Jedno słowo, które najlepiej określa powojenne american dream to unifikacja (jednorodność). Zasady życia, w których wszyscy mieli podobne domy, samochody, a nawet żony i dzieci, pozwalało przyjąć ideę, że ich życie jest takie, jak powinno i do tego lepsze niż kiedykolwiek wcześniej.
Nuklearna rodzina
W nuklearnej rodzinie każdy z jej członków miał dokładnie określone obowiązki i status. Ojciec to opanowany mężczyzna, który spędza cały dzień w biurze, to on ponosi trud utrzymania rodziny, a także podejmuje ważniejsze decyzje dotyczące jej życia. Matka, to kobieta spokojna, dyskretna, która wspiera męża. Nie pracuje zawodowo, zajmuje się domem i dziećmi i to daje jej pełnię satysfakcji. Dzieci, najczęściej dwójka, chłopiec i dziewczynka.
Oczywiście kiedy dokładniej przyjrzymy się, dostrzeżemy rysy na tym idealnym wizerunku. Ojciec często bywał sfrustrowany, bo praca którą wykonywał nie wymagała od niego wielkiego wysiłku czy dynamizmu. Matka często kończyła prestiżową szkołę, której jednak głównym zadaniem było przygotowanie młodych kobiet do ról: żony, matki i pani domu, bo do tego zostały stworzone. Powołaniem kobiety było rodzenie dzieci i obowiązki domowe i tylko żyjąc w ten sposób mogła być szczęśliwa. A więc czego uczyła sie młoda kobieta w college'u? Oczywiście poza przedmiotami obligatoryjnymi takimi, jak literatura angielska, matematyka czy historia sztuki, uczyła się wymowy, elegancji, dykcji, a nawet jak krzyżować nogi. Ówczesne szkoły były niejako szkołami żon (świetnie zostało to pokazane we wspomnianym Uśmiechu Mony Lizy), to tam dziewczęta uczyły się jak mają budować swoje relacje z mężem. Kobieta, która skończyła taką szkołę była dobrze wykształcona, zadbana. Gotowa wspierać męża w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji, zawsze zachowując dyskrecję. Pierwsza zasada dobrej żony, żadnego publicznego „prania brudów”. Zawsze miała czekać na męża uśmiechnięta, w nienagannym makijażu i stroju. Wbrew pozorom to na niej spoczywała ogromna odpowiedzialność, troski o dzieci i męża.
Podstawowym obowiązkiem dzieci była nauka i chodzenie do szkoły. Po powrocie do domu dzieci musiały odrobić lekcje, dopiero potem mogły bawić się w ogrodzie. Podstawową zasadą była Dzieci są by je oglądać, nie by ich słuchać. Rodzice oczekiwali od nich odpowiedniego zachowania w każdej sytuacji, celujące w szkole, dokładne w wypełnianiu swoich domowych obowiązków, grzeczne podczas spotkań z sąsiadami.
Najważniejszym zadaniem dla całej rodziny było bycie szczęśliwym i uśmiechniętym. Najgorsze co mogli zrobić to okazać swoje niezadowolenie.
Lata 50-te to czas kiedy następuje rozwój kosumpcjonizmu, a także dążenie do maksymalnego ułatwienia życia. Pojawiały się liczne nowinki techniczne. Od suszarek do włosów po odkurzacze prawie wszystko czego mogła potrzebować rodzina pojawiało się za dotknięciem przycisku.
Telewizor to przyszłość
Oczywiście najpopularniejszym sprzętem elektronicznym w „nuklearnym domu” był telewizor. Z końcem lat 50-tych, 90% rodzin miało telewizory. Z telewizją związany był kolejny rytuał życia rodzinnego. Nowe programy, sitcomy i różnego rodzaju show, były tworzone z myślą o rodzicach i dzieciach, tak by mieli coś nowego, co mogą robić wspólnie. Pod koniec lat 50-tych Amerykanie oglądali telewizję przez kilka godzin dziennie i rozmawiali ze sobą coraz mniej. Spędzanie wolnego czasu w domu było czymś normalnym, a wszelkie innowacje miały sprawić, by podmiejskie życie było jeszcze łatwiejsze, przyjemniejsze i nowoczesne jak to tylko możliwe. Ten czarujący, podmiejski dom miał być nowoczesny i stylowy, ale przede wszystkim służył jako miejsce relaksu dla całej rodziny, miejsce gdzie chowano dzieci i prowadzono spokojne, dostatnie życie. Nie miało znaczenia to, czy miałeś spędzić lata w „nukleranym domu” czy odwiedzałeś go po raz pierwszy, pobyt w nim miał spowodować chwilę refleksji, uśmiech i...chęć pozostania na dłużej.
Opuszczamy już dom marzeń, pomachajcie naszej znajomej rodzinie, oni na pewno się do was uśmiechną i odmachają z radością…
American dream to bardzo naiwna idea. To czas kiedy powstały takie powiedzenia jak dorównać finansowo Jones'om, era kiedy wszyscy mieli mieć po równo, żyć we wspólnocie przyjaciół, a tak naprawdę cały czas się z tymi przyjaciółmi porównywali.
Idea nie miała szans na zdrową realizację, jak każda idea, która ociera się o utopię.
Komentarzy: 0
musisz być zalogowany, aby dodać swoją opinię »