
Mundur robi wrażenie. Osoba nosząca go to z reguły ktoś o nienagannej sylwetce, elegancki, wysportowany. Od noszącego mundur otoczenie oczekuje poświęcenia, odwagi. Uważa się, że takie osoby dają poczucie bezpieczeństwa i obdarza się je zaufaniem.
Nic więc dziwnego, że mundur cieszył się i wciąż cieszy popularnością.
Nie tylko u płci pięknej (w myśl powiedzenia „za mundurem panny sznurem”), ale też u... licealistów płci obojga.
6.00 – pobudka
6.05 – poranna zaprawa
6.30 – śniadanie
Tak zaczyna każdy dzień st. sek. podchor. (starszy sekcyjny podchorąży) Elżbieta Czyżewska z 5. kompanii Szkoły Głównej Służby Pożarniczej w Warszawie (SGSP). „Poranna zaprawa to gimnastyka, którą mamy w programie dnia bez względu na porę roku” – wyjaśnia. A kompania to po prostu określenie roku w Szkole Pożarniczej, na której do studenta/studentki wykładowcy zwracają się per podchorąży.
Osoba, która zostaje słuchaczem tej wyższej uczelni, zaraz po ślubowaniu, od pierwszych dni swojej pożarniczej kariery jest czynnym strażakiem. Pełni służbę w szkolnej jednostce ratowniczo-gaśniczej, czyli np. jeździ wozem bojowym na akcje. W 2007 roku jednostka wykonała 577 takich wyjazdów. Znaczy to, że każdy ze studentów zetknął się po kilkadziesiąt razy z różnego typu zagrożeniami. Atmosferę na uczelni trafnie oddaje opowieść Elżbiety Czyżewskiej o służbie w tejże jednostce, którą każdy ze studentów odbywa 7 razy w miesiącu:
„Na każdym wozie jeżdżą ludzie z różnych kompanii. Nie zdarza się tak, że jest czterech ratowników – studentów z tego samego roku. To są podchorążowie z różnych roczników. Każdy, kto siedzi na swoim miejscu, wie, co ma robić po dojechaniu na miejsce interwencji, pożaru, wypadku. Po prostu musi być między nami zaufanie, współpraca, zgranie. To jest podstawa. Każde miejsce i siedzący na nim człowiek w wozie bojowym ma określone obowiązki. Podczas akcji ufamy, że każdy z nas wykona swoje zadanie i będzie w określonym miejscu. Brak zgrania można przypłacić kalectwem lub utratą życia. W takich sytuacjach lepiej się poznajemy, dużo dowiadujemy o sobie. Stajemy się bardziej zżyci, a jednocześnie odpowiedzialni.”
Takie sytuacje na pewno bardzo zacieśniają więzi między ludźmi i wpływają na przyjazną atmosferę na uczelni...
Mamo, zostanę strażakiem!
„Strażakiem, czyli oficerem Państwowej Straży Pożarnej może zostać także kobieta. Na pierwszym roku mamy ich pięć” – mówi rzecznik prasowy SGSP, Aleksandra Kabala. „Osoba, która chce się dostać do tej szkoły, powinna zdać dobrze maturę z matematyki i fizyki. Uczelnia przeprowadza dodatkowo test sprawnościowy: tor przeszkód, który trzeba pokonać jak najszybciej i jak najlepiej. Po tym wstępnym zakwalifikowaniu kandydat przechodzi specjalistyczne badania lekarskie, m.in. psychologiczne, badanie pojemności płuc. Musi to być osoba naprawdę zdrowa i sprawna” – wyjaśnia rzecznik.
Aby pokonać tor przeszkód, nie trzeba mieć siły strongwomen, choć trzeba przeciągnąć manekina, który waży około 30 kg. Ela, studentka SGSP, w każdym razie siłaczem nie jest, to zgrabna, wysoka dziewczyna. Twierdzi, że na teście sprawnościowym liczą się zwinność, skoczność i spryt.
Przed inauguracją roku akademickiego słuchacze pierwszego roku, czyli 1. kompanii, przechodzą dwumiesięczny obóz kandydacki, popularną „kandydatkę”. Jednym słowem, część wakacji po maturze spędzają w przeciwpożarowej bazie leśnej. Nauka dyscypliny, poznanie specyfiki zawodu strażaka, przygotowanie do pełnienia służby w szkolnej jednostce ratowniczej – to główny cel obozu.
„Ludzie zostają wysłani na dwa miesiące w las. To ciężka praca a nie obóz wypoczynkowy. Trzeba się uczyć, utrzymać teren w czystości, przez dwa miesiące podtrzymać ognisko, by płonęło dzień i noc. Tu dostajesz hełm, toporek, buty bojowe i swój pierwszy mundur” – opowiada Ela.
Mundur galowy otrzymuje się zaraz po powrocie z bazy, tuż przed ślubowaniem. Chłopcy noszą rogatywki, dziewczęta – kapelusze. Na wykłady również uczęszcza się w mundurze. Sweter, niebieska koszula, beret, spódniczka – to damski strój służbowy, czyli taki na zajęcia. A obecność na nich jest tu obowiązkowa.
Akademiki, nauka, zajęcia sportowe, ćwiczenia odbywają się w jednym miejscu, bowiem szkoła zajmuje spory teren na warszawskim Żoliborzu.
Nauka w SGSP to jednak nie tylko wykłady i zajęcia, to służby wewnętrzne zarówno na terenie szkoły, jak i w jednostce ratowniczo-gaśniczej – czyli de facto wykonywanie zawodu strażaka.
Absolwenci tej uczelni mają po studiach zagwarantowaną pracę, dostają przydziały do konkretnej jednostki, muszą odpracować bezpłatne studia. Szkoła pożarnicza to jedyna w kraju uczelnia kształcąca oficerów straży pożarnej.
Morskie opowieści
„Dar Młodzieży” to jeden z naszych reprezentacyjnych żaglowców – to wie każdy. Ale nie wszyscy wiedzą, że to właśnie na nim odbywają praktyki studenci tzw. pływających kierunków Akademii Morskiej w Gdyni.
„Po I roku i zdanych egzaminach sesyjnych studentów czeka miesiąc na Darze Młodzieży, poznają na nim życie na morzu, panujące podczas rejsów zwyczaje. To czas na wzajemne dotarcie się i pierwszy kontakt z morzem dla tych, którzy nie pływali wcześniej” – wyjaśnia Jakub Listwoń, student piątego roku wydziału nawigacyjnego, kierunku transport morski. – „Po II roku, od czerwca do połowy sierpnia, czyli dwa i pół miesiąca, studenci odbywają ponownie praktyki na żaglowcu. Biorą udział w zlotach, dużych regatach. Na żaglowcu płyną ze studentami także wykładowcy, którzy uczą wybranych przedmiotów w praktyce. Na statku są stanowiska nawigacyjne, treningowe, można zobaczyć, podpatrzeć, nauczyć się podstawowych ‹‹ruchów›› w tym zawodzie” – opowiada Jakub. „Praktykanci mieszkają w 20- lub 10-osobowych kabinach. Przebywają ze sobą non stop: razem na wachtach, na masztach. Wspólna adrenalina, praca, wysiłek sprawiają, że zżywają i zaprzyjaźniają się ze sobą.”
„III rok to dwa tygodnie praktyki na małym statku Horyzont. To praktyka radarowa na Zatoce Gdańskiej. Uczymy się obsługiwać radar” – kontynuuje Jakub. „Horyzont” odbywa rejsy na Spitzbergen, polarną stację badawczą. Studenci mają szansę uczestniczenia w takim rejsie w charakterze marynarzy. „Cały IV rok to czas wolny od nauki, ale z tych 12 miesięcy trzeba 8 wypływać na statkach towarowych. Jest to praktyka, którą studenci z reguły załatwiają sobie we własnym zakresie. Już na trzecim roku robią rozpoznanie, radzą się starszych kolegów...” – zdradza Jakub i dodaje, że jest to praktyka płatna. Student, który na takim statku jest kadetem, zarabia około 900 euro miesięcznie!
W ciągu pięciu lat nauki trzeba więc „mieć wypływane” 12 miesięcy na statkach, by po ukończeniu studiów Urząd Morski mógł wystawić certyfikat oficera wachtowego uprawniający do pracy na statku w charakterze III oficera.
Wyższa Szkoła Policji w Szczytnie
Aby zostać oficerem policji i być słuchaczem jedynej w Polsce szkoły kształcącej oficerów policji, trzeba złożyć swój akces w odpowiedniej dla siebie wojewódzkiej komendzie policji. Nabór jest ogłaszany kilka razy w roku na stronach internetowych komend wojewódzkich. Po złożeniu w terminie odpowiednich dokumentów kandydat przystępuje do egzaminu wstępnego, który składa się z testu wiedzy i testu sprawnościowego. Po ich pomyślnym zaliczeniu kandydatura jest rozpatrywana przez komendę, w której złożone były dokumenty, i przechodzi się przez kolejne etapy badania: psychologiczne i psychiatryczne. Następnie odbywa się rozmowa kwalifikacyjna – to ostatni etap, podczas którego kandydat dowiaduje się czy został przyjęty do policji. Jeśli tak, to przyjeżdża np. do Szczytna na półroczny kurs podstawowy. Każdy policjant musi odbyć kurs podstawowy. Rozpoczyna pracę w policji i dopiero potem jednostka może skierować go na kursy specjalistyczne, np. prewencji kryminalnej. Może się też zdarzyć, że taka osoba trafia na szkolenie oficerskie.
Jakub swoje praktyki na IV roku odbywał u norweskiego armatora. Spodobał się na tyle, że już pół roku przed ukończeniem szkoły kapitanowie pytali, kiedy dostanie papiery oficera, bo chcieli go już widzieć wśród załogi swoich statków. „Wystarczy zabłysnąć, nie trzeba mieć znajomości i poparcia. Tutaj własna ambicja, inteligencja i chęć do pracy przyspieszają drogę awansu” – podsumowuje Jakub.
Czy do szkoły morskiej może startować także ktoś, kto do tej pory nie miał nic wspólnego z pływaniem i morzem? Jakub twierdzi, że tak: „Nawet ten, kto nie potrafi pływać, może wybrać akademię morską, tu WF to przede wszystkim basen! Wystarczy, że jest się zainteresowanym tym zawodem. Są na naszej uczelni również kierunki typowo inżynierskie. Ważne jednak jest uzyskanie morskiego świadectwa zdrowia. Szkoła musi wiedzieć czy nadajesz się do zawodu pod względem fizycznym. Kto nie odróżnia światła zielonego od czerwonego, nie może być np. nawigatorem statku...”
Mjr Ireneusz Nowak, pilot wojskowy, szef szkolenia X Eskadry Lotnictwa Taktycznego „Łask”
W 2005 roku wyjechał Pan na dwa lata do USA, by szkolić się na F-16. Jaką drogę Pan przeszedł, by trafić do X Eskadry „Łask”?
Związałem się z lotnictwem jako 15-latek. Po szkole podstawowej poszedłem do Liceum Lotniczego w Dęblinie, a po nim zdałem egzaminy również do Dęblińskiej Wyższej Oficerskiej Szkoły Sił Powietrznych. Tu się nauczyłem latać na Iskrze. Po promocji, jako podporucznik, zostałem skierowany do Wrocławia na samoloty MIG-21. Potem uczyłem się jeszcze na Akademii Obrony Narodowej, na studiach cywilnych magisterskich, podyplomowych. Wreszcie trafiłem na spotkania selekcyjne dla kandydatów, którzy mieli wyjechać do Stanów Zjednoczonych szkolić się na F-16.
Czy obecne czasy to dobry moment, by wybrać zawód pilota wojskowego?
Tak, właśnie teraz jest dobry czas na to, by zostać pilotem wojskowym. Do niedawna liczba samolotów malała, w Dęblinie przez cztery lata nie przyjmowano nikogo na pilotaż. To spowodowało lukę kadrową, brak młodych pilotów. W tym roku minister zatwierdził około 90 miejsc z naboru do Dęblina na pilotaż dla absolwentów szkół średnich i 30 miejsc dla tzw. absolwentów wyższych uczelni cywilnych, którzy po 20-miesięcznym przeszkoleniu wojskowo-lotniczym zostają pilotami wojskowymi. Jeśli ktoś myśli o tym, żeby się dostać do szkoły i zostać pilotem, spełnić swoje marzenia, to jest na to odpowiedni czas, bo właśnie teraz jest dużo miejsc i zapotrzebowanie na pilotów!
Żeby latać na F-16, trzeba przejść bardzo rygorystyczne badania lekarskie?
Nie przeskoczy się wymagań zdrowotnych. Ale nie ma co się przerażać, trzeba do tego podejść. Jeśli komuś się uda, to jest świetnie. Jeżeli odpadł, to trudno, zawsze można latać śmigłowcami lub pracować w lotnictwie transportowym. Szczególnie ważny w serii tych badań jest kręgosłup. Kandydatowi wykonuje się badanie układu kostnego za pomocą rezonansu magnetycznego – jeżeli ktoś ma problemy z kręgosłupem, nie zdoła tego zataić. W tym zawodzie, gdzie występują ogromne przeciążenia, to dla własnego zdrowia, dobra i bezpieczeństwa trzeba ludzi selekcjonować. Na pociechę dodam, że moja mama nigdy nie wierzyła, że zostanę pilotem wojskowym, gdyż jako dziecko bardzo często chorowałem, miałem anginy, przeziębienia, często siedziałem w domu na zwolnieniu. A badania na pilota F-16 przeszedłem bez żadnego problemu jako jeden z dwóch z 30-osobowej grupy.
Jak fizycznie odczuwa się przeciążenia rzędu 9G?
Kolokwialnie mówiąc, człowiek waży wówczas dziewięć razy więcej niż w rzeczywistości, gdyż działa na niego dziewięć razy większa siła przyciągania ziemskiego. Rzeczywiście trzeba mieć wytrenowany organizm i być przebadanym, żeby to przeżyć i wyjść z tego bez szwanku. Przy przeciążeniu w granicach 7G już nie można za bardzo ręki oderwać od niczego czy przestawić głowy. W pierwszej wersji traci się postrzeganie kolorów, a w ekstremalnych przypadkach może nastąpić omdlenie. Dzieje się tak dlatego, ponieważ krew odpływa z mózgu, narządy nie są dokrwione i nie funkcjonują prawidłowo. Źle się słyszy i widzi – to pierwsze objawy przeciążenia. Co roku mamy badania, trenujemy na wirówce przeciążeniowej w Warszawie, żeby znać reakcje naszego organizmu na przeciążenie i selekcjonować pilotów, którzy mają z tym problem.
Uprawianie sportu zapewne pomaga w utrzymaniu kondycji?
3–4 razy w tygodniu chodzę na siłownię, pływam, biegam kilka kilometrów. Sport trzeba uprawiać rozsądnie, w normalnych dawkach, nie wyczynowo. Nie należy używać wspomagaczy i dopalaczy – to jest absolutnie wykluczone!
Co jest najbardziej fascynujące w zawodzie pilota wojskowego F-16?
Każdy lot jest inny i w każdym locie jest coś pięknego i nowego. Nie można tego zawodu i wykonywanych zadań traktować szablonowo: jutro będzie tak samo jak wczoraj. Podczas wykonywania misji jesteśmy skoncentrowani na zadaniu, po powrocie, już nad lotniskiem, następuje moment na docenienie piękna tego zawodu...
Artykuł pochodzi z magazynu dla maturzystów 'Czas na Studia - Wiosna 2009'.
Polecamy:
Czas na studia - Wiosna 2009
Komentarzy: 0
musisz być zalogowany, aby dodać swoją opinię »